21 sierpnia bieżącego roku w białostockim Centrum im. Ludwika Zamenhofa miał miejsce ostatni z koncertów tegorocznej edycji Jazz w CLZ. Na scenie wystąpili artyści z najwyższej półki: Dorota Miśkiewicz i Marek Napiórkowski. Godzinę przed koncertem mieliśmy okazję spotkać się z nimi osobiście. Efektem tego spotkania jest obszerny wywiad, poruszający wiele tematów - od rozumienia i czucia jazzu, przez styl pracy Rozmówców, do jakości domowego brzmienia. Zapraszamy do lektury.

Jazz w CLZ - koncert Doroty Miśkiewicz i Marka Napiórkowskiego

RMS.pl: Jazz na CLZ, na którym Państwo dziś będziecie występować, jest bardzo ciekawą formą popularyzacji jazzu. Na koncerty takich artystów, jak Państwo, czy - występujący wcześniej - Anna Serafińska i Szymon Łukowski Quartet można przyjść za bardzo niewielkie pieniądze. Czy często zdarzają się tak kameralne występy?

Dorota Miśkiewicz: W tym miejscu należy się ukłon w stronę organizatorów, bo dzięki takim wydarzeniom jak dzisiejsze, jazz staje się bardziej popularny. Ja zawsze cieszę się, kiedy ludzie mogą przyjść na koncert, bo po prostu ich na to stać – ale takich koncertów chyba jest niewiele. Z drugiej strony, nie jestem za darmowymi koncertami, bo skoro płacimy za chleb, dentystę, czy notariusza, to dlaczego sztuka ma być darmowa?

Bardzo lubię koncerty kameralne nie tylko jeśli chodzi o liczbę muzyków na scenie, ale także o publiczność – lubię kiedy jest ona niewielka, na wyciągnięcie ręki. Zdecydowanie lepiej czuję się w takich miejscach, niż w dużych salach.

Jak często gracie Państwo koncerty w duecie?

DM: Zagraliśmy kilka. Można powiedzieć, że to dopiero początek. Pojawimy się w tym roku w jeszcze kilku miejscach, np. w klubie Jazz Cafe w podwarszawskich Łomiankach, gdzie od 10-ciu lat gram swoje koncerty urodzinowe – niedługo znów tam będziemy, właśnie w duecie. Dopiero co graliśmy na Festiwalu Jazzowym Piwnicy pod Baranami, w Teatrze Starym w Lublinie.

Nasz duet z Markiem Napiórkowskim to rzecz stosunkowo nowa. Niedawno pomyśleliśmy, że takie zestawienie byłoby czymś bardzo naturalnym. Zawsze nam się dobrze grało razem, aczkolwiek nigdy nie mieliśmy tak szerokiego repertuaru, by móc zapełnić cały koncert. Postanowiliśmy więc taki repertuar opracować. Muszę powiedzieć, że gra nam się bardzo dobrze.

Większość zapowiadanych dziś utworów to kompozycje z Pani płyt solowych: Tuńczyk, Świerk, Nucę gwiżdżę sobie...

DM: Staramy się bazować na utworach z moich płyt – tym bardziej, że są to nasze wspólne „dzieci” skomponowane albo przez Marka, albo przez nas oboje. Nie będziemy grać jednak tylko moich utworów. Będzie też Wasowski, Komeda, będą standardy jazzowe. Zobaczymy. Zdarza nam się modyfikować repertuar w trakcie koncertu – zmieniać kolejność, dodawać lub usuwać utwory w zależności od tego, jak odczytamy reakcje publiczności.

alt

Wasowski to, jeśli można tak powiedzieć, Pani działka, prawda?

DM: Wasowski to działka nas wszystkich – ludzi zainteresowanych polską muzyką. Jest to coś niezwykle pięknego. Wszystkie piosenki Wasowskiego, szczególnie te pisane na spółkę z Przyborą są piękne. Jest w nich subtelność, której dziś coraz mniej doświadczamy. Zupełnie inna wrażliwość, i te teksty – przeurocze!

Jest mi to rzecz o tyle bliska, że nagrałam duet z Jerzym Wasowskim. To, że mogłam z nim zaśpiewać to rzecz absolutnie wyjątkowa, niesamowita historia, przygoda, która mi się przydarzyła. Dzięki zaproszeniu producentów płyty mogłam zaśpiewać wspólnie z Jerzym Wasowskim piosenkę „Lubię być szczęśliwa”. Pewnie dlatego też pomyśleli o mnie, że nie jest tajemnicą, że bardzo lubię muzykę Pana Wasowskiego. Pierwszy do mnie zadzwonił Grzegorz Wasowski, syn Jerzego, już z przydzieloną piosenką. Mam wrażenie, że wyczuł, że śpiewanie o szczęśliwości będzie mi pasowało.

Rozumiem, że Pani lubi być szczęśliwa?

DM: Pasjami!

Jak jest z tymi piosenkami, które znajdują się na Pani płytach, w jaki sposób powstają?

DM: Wyjeżdżamy gdzieś z Markiem, gdzie – jak ustalamy – będziemy pisać piosenki. I, po prostu, siadamy codziennie z pustą kartką lub z urządzeniem nagrywającym. Zaczynamy grać. Na początku jest akord, potem melodia, czasami odwrotnie. Bardzo dobrze nam się współpracuje. Z nikim jak dotąd nie przeżyłam – i nie wiem, czy przeżyję – tego poziomu porozumienia. Jest to rzecz niebywała, że piosenki można wyimprowizować. Najbardziej było to widoczne przy Świerku, który jest wręcz odegrany. Czułam się tak, jakby ta piosenka istniała już wcześniej, jakbyśmy po prostu usiedli i ją zagrali. Ja i Marek muzycznie bardzo dobrze się rozumiemy, dlatego nasz duet był nieunikniony.

Na początku rozmowy powiedzieliśmy o kameralności dzisiejszego występu. Kameralności rozumianej jako niewielka liczba artystów i widzów, ale też pewnego rodzaju przystępność dla odbiorcy niezainteresowanego na co dzień jazzem. Koncerty takie, jak dziś są dla mnie jasnym sygnałem, że jazz trafia pod strzechy.

Marek Napiórkowski: W ciągu mojej muzycznej drogi wiele razy – co prawda ostatnio coraz rzadziej – spotykałem się ze stwierdzeniem: Ja nie rozumiem jazzu. Z jednej strony rozumiem ludzi, którzy formułują taki sąd. Z drugiej wydaje mi się, że czai się w nim pewien błąd, pewne przekłamanie. Może się to wiązać z tym, że niektóre formy sztuki mogą być przyswojone tylko wtedy, kiedy słuchacz dysponuje pewnym bagażem doświadczeń, z pobudzoną pewną formą wrażliwości. Nie sądzę, żeby człowiek, który nie zna alfabetu, był w stanie polubić jakąkolwiek, nawet najbardziej śmieszną sztukę Szekspira.

Język jest naszym medium, stąd zrozumiałe wydają się dla nas treści, które niesie film, teatr, itd. Z muzyką jest podobnie. Muzyka jazzowa nie jest do rozumienia. Jest do czucia, i to na najbardziej abstrakcyjnej płaszczyźnie, bo muzyka jest najbardziej abstrakcyjną ze sztuk. Stąd nie szukajmy zrozumienia. Starajmy się to poczuć. Jestem zdania, że jeśli muzycy grają dobrze i komunikują się z widzem ze sceny, przeżywają coś fajnego i wartościowego to „rozumienie” tego jest kwestią drugorzędną. Może się to podobać każdemu. Bardzo mi się podoba, jak gra Robert de Niro, ale nie muszę być aktorem, aby to docenić.

alt
Odnoszę wrażenie, że również piosenki Pani Doroty w przystępny sposób popularyzują jazz. Jazzowe treści podawane są tam w bardzo lekkiej, piosenkowej formie. To rzeczy, które łatwo wpadają w ucho. Czy to świadoma forma upowszechniania czegoś, co uchodzi za elitarne, co jest z wysokiej półki – ale w tej formie dostępnej dla każdego?

DM: Na pewno nie jest to przemyślane i wyrachowane. To coś, co mi po prostu w duszy gra. Często śpiewam bardzo trudne rzeczy – i one też grają mi w duszy – ale płyty, które podpisuję własnym nazwiskiem balansują na granicy jazzu i popu. Moim punktem odniesienia jest Kabaret Starszych Panów – piosenki uwielbiane przez jazzmanów, bo mają piękne melodie i piękne harmonie. I taki jest mój cel: śpiewać dobre piosenki. To, czy będą jazzowe, czy będą prostsze... Nad tym się nie zastanawiam. Cieszę się jednak, że moja muzyka trafia nie tylko do wytrenowanych uszu, ale również do ludzi, którzy po prostu potrzebują dobrej muzyki. Niekoniecznie jazzowej, ale może lepszej, niż to, co nas dookoła otacza. Czasem jest w niej bardzo dużo septym i non, ale wcale nie rzucają się w uszy.

MN: To, co Dorota wykonuje na swoich płytach to muzyka poza gatunkami. Muzyka, której bardzo blisko do jazzu, ale ciężko byłoby ją w ten sposób zdefiniować. Z drugiej jednakże strony zawartość harmoniczna wielu z tych piosenek nasuwa skojarzenia z jazzem, co więcej – ma podobny stopień wyrafinowania, jak wiele utworów jazzowych. Jakkolwiek by to nie wyglądało, ciężko to nazwać jazzem. Jest to muzyka, która ma elementy improwizacji, ma wyrafinowaną harmonię, ma też rzecz najważniejszą, na którą chciałbym zwrócić uwagę, czyli – to są po prostu piosenki. Piosenka to krótka forma słowno-muzyczna, której zadaniem jest komunikacja na tych dwóch płaszczyznach.

Ta muzyka wzięła się z naszego wielkiego zamiłowania do pięknych piosenek. Poczynając od standardów jazzowych – to były kiedyś po prostu popowe piosenki. Bardzo fajne, ciekawe, wyrafinowane piosenki. Bardzo to lubimy – Beatlesi, i tak dalej... Stąd na płytach Doroty, w których ja też wziąłem udział jako kompozytor, zazwyczaj zamieszczamy próby napisania pięknej, komunikatywnej piosenki. Nie próby, na przykład, zainteresowania potencjalnego widza skomplikowaną harmonią.

Nawet nie wiemy, czy jest to do końca jazzowe. Harmonia, którą w potocznym rozumieniu nazywa się jazzową, w rzeczywistości nie istnieje. Jest tylko harmonia. Dokonania tzw. jazzowej harmonii są wynikiem analizy tego, co się zdarzyło wcześniej w muzyce klasycznej. Coś, co wyróżnia muzykę jazzową jako gatunek to połączenie trzech elementów: swoistego pojmowania rytmu z improwizacją, co jest bardzo istotne, oraz, powiedzmy, wyrafinowaniem. Wszystkie te trzy elementy z różnym natężeniem można odnaleźć w naszych piosenkach.

Przeglądając Państwa kalendarze koncertowe widać, że jesteście Państwo bardzo aktywni, udzielacie się w różnorodnych projektach: tu Grzegorz Turnau, tu Kwadrofonik, tu dzisiejszy duet. Gdzie czujecie się Państwo najbardziej u siebie?

DM: Ja właściwie wszędzie czuję się u siebie. Najlepiej chyba czuję się tam, gdzie gram piosenki z moich płyt „dla dorosłych”, bo Kwadrofonik jest dla dzieci. Dopiero, co wróciliśmy z Mazur, gdzie graliśmy z Grzegorzem Turnauem program łączony – częściowo były to piosenki z moich płyt, częściowo z jego. Dzisiejszy program będzie bardzo mój. Choć będą również piosenki Kabaretu Starszych Panów, to czuję się gospodynią tego wydarzenia. A Marek, podejrzewam, najlepiej czuje się tam, gdzie gra swoje utwory instrumentalne.

MN: Nie ma takiej reguły. Z dużą atencją podchodzę do wszystkich rzeczy, które robię. Biorę udział w wielu projektach. Czy są to projekty sygnowane moim nazwiskiem związane z jazzem, jak projekt z ostatniej płyty Up!, czy trio KonKubiNap, czy duet „Celuloid”, który wyjdzie 4. września, czy projekt w hołdzie Paco de Lucii wzorowany na legendarnym koncercie Friday Night in San Francisco, razem z Jackiem Królikiem i Jarkiem Dzieniem, czy – co będę grał za kilka dni – koncert muzyki zespołu Dire Straits w wersji symfonicznej, z Kubą Badachem i Krzysztofem Herdzinem za batutą... Pewnie coś bym jeszcze naliczył. Wszystkie te projekty łączy to, że spełniam w nich pewną podmiotową funkcję, mam tam ważną rolę do spełnienia, bo albo gramy moją muzykę, albo jestem głównym solistą. To z natury rzeczy jest bardzo zajmujące i ciekawe. Ale nie dalej, jak wczoraj brałem udział w bardzo kolorowym projekcie, jakby quasi-koncerto-spektaklu, gdzie dwie zdolne i ładne aktorki – Sonia Bohosiewicz i Kasia Kwiatkowska – czytały Dzienniki Tyrmanda, a ja z moim trio okraszaliśmy to muzycznie. Zostało to wyreżyserowane przez Adama Sajnuka. Fajne było zetknięcie ze światem teatru, bardzo inspirujące było też to, że grałem w dość nietypowym składzie. Robert Kubiszyn grał tylko na kontrabasie, a Michał Miśkiewicz w swój bardzo specyficzny sposób, na perkusji. No i dziś z Dorotą. To dla gitarzysty duża praca. Pomimo, że wiele z tych piosenek napisaliśmy razem, to zainteresowanie wymagającej, białostockiej publiczności jest wyzwaniem.

DM: Marek robi dziś za całą orkiestrę, więc nie ma ani chwili odpoczynku. Przez cały czas musi pracować. Wracając jeszcze do tej dużej liczby projektów – ta różnorodność sprawia, że jest kolorowo, że nam się nie nudzi.

alt

Można Państwa spotkać na różnego rodzaju warsztatach muzycznych, jak niedawno zakończony Blues nad Bobrem, czy październikowe warsztaty w Koczale, gdzie Pani Dorota będzie prowadzić grupę wokalną. Jak wygląda zainteresowanie takimi imprezami?  Czy to są ciągle ci sami ludzie, czy pojawiają się nowe twarze, nowe nazwiska?

MN: Kompletnie nowe. Ciągle są nowe nazwiska. Ja podczas takich warsztatów niejako spłacam dług. Jako młodzieniec pojechałem na warsztaty jazzowe do Chodzieży, gdzie trwale zarażono mnie muzyką jazzową, improwizowaną. Od dwudziestu już lat jeżdżę na takie workshopy jako nauczyciel. Oczywiście, część ludzi się powtarza, ale nie za często. Cały czas garną się nowe pokolenia, co jest o tyle zdumiewające, że obecna polityka kulturalna nie zachęca do wybierania zawodu artysty. Mimo to zauważam ogromny wzrost frekwencji na takich warsztatach oraz ilości samych warsztatów. Nie mówiąc już o tym, że w muzyce synkopowanej, którą się zajmujemy sytuacja jest o tyle dobra, że kiedyś był jeden wydział jazzu w Katowicach, który corocznie przyjmował zaledwie kilka osób na różne instrumenty. Teraz wydziałów jazzu przy akademiach muzycznych jest w Polsce bodaj kilkanaście. Stąd nabór ludzi, którzy nabywają wiedzę przez szkolnictwo zorganizowane oraz takie warsztaty jest ogromny, Należy się spodziewać, że niedługo ilość artystów przekroczy ilość słuchaczy.

DM: Ja bym nie obawiała się tak dramatycznej sytuacji, ale faktycznie, jest mnóstwo osób chętnych do śpiewania. Nie mam tak długiego stażu dydaktycznego, jak Marek – bo jeżdżę na warsztaty do Chodzieży od lat trzech – i widzę, że zainteresowanie jest duże, bo śpiewać każdy może. To jest instrument, do którego dużo ludzi się garnie myśląc, że właściwie nic nie potrzeba, wystarczy po prostu śpiewać. Rzeczywiście, są wielkie talenty, którym nauka teorii być może nie jest potrzebna. Zawsze jednak zachęcam do poznania nut, które nikomu nie szkodzą, raczej pomagają rozwinąć język muzyczny.

Mnie bardzo cieszą warsztaty, cieszy mnie, że ludzie chcą śpiewać. Nie zawsze są to ludzie, którzy będą śpiewać zawodowo, niektórzy traktują to jako przygodę. Przyjeżdżają na przykład panie w wieku 50 lat, które nie liczą na wielkie kariery wokalne, przyjeżdżają dla przyjemności, żeby pobyć wśród muzyków, posłuchać muzyki jazzowej i jeszcze się czegoś nauczyć. Dla mnie to zawsze ogromna przyjemność widzieć radość w oczach uczestników, choć nie ukrywam, że jest to zajęcie męczące. Na warsztatach zawsze dużo z siebie daję.

Żyjemy chyba w kraju, w którym myślimy, że aby w wieku 50 lat śpiewać, trzeba być nie wiadomo jak odważnym. Tymczasem w innych krajach nie spotkałam się z takim podejściem. Po prostu – spełniamy marzenia, robimy to, co chcemy. Mam wrażenie, że jako Polacy jesteśmy trochę zakompleksieni.

Czy przykładacie Państwo wagę do jakości dźwięku na co dzień? Czy ma dla Państwa znaczenie, jak muzyka, której Państwo słuchacie w domu zabrzmi?

MN: Ma bardzo duże, zważywszy na to, że jesteśmy bardzo wymagającym odbiorcą. Nagrywając w studiach mamy do czynienia ze wspaniałym torem dźwięku. Są to najlepsze kolumny, wspaniałe, warte nierzadko milion dolarów stoły, taśmy, i tak dalej. Ponadto, nagrywając muzykę, słyszymy ją przed miksem. Stąd nierzadko płynie bardzo duże rozczarowanie, zwłaszcza na początku. W pierwszej chwili słyszy się dźwięk świeżo nagrany, „prosto od krowy”, ze wspaniałych kolumn. Później zawsze jest przetwarzany. To wyostrza w nas audiofilski zmysł. Stąd lubimy słuchać muzyki w dobrym wydaniu.

Z drugiej strony mamy to szczęście widzieć zagrożenia, dzięki naszym przyjaciołom, którzy w bardzo radykalny sposób zaangażowali się w podwyższanie swoich standardów słuchania. Nie ulegamy temu wyścigowi zbrojeń. Dobre, porządne, zacne kolumny nam wystarczą. Nie odczuwam potrzeby zmieniania kolumn co miesiąc ani kupna do nich kabli wartości samochodu. Słuchając muzyki u najbardziej poważnych audiofilów nigdy nie poczułem niczego więcej ponad to, co odbywa się przy odsłuchiwaniu w studiu.

DM: Co nie zmienia faktu, że lubimy lepszą jakość. Słuchanie „empetrójek” nie daje takiej przyjemności, jak odsłuch nieskompresowanej jakości muzyki.

Z jakiego sprzętu korzystają Państwo w domu?

DM: Mamy kolumny B&W model CDM 7, odtwarzacz Marantz oraz wzmacniacz John Shearne.

alt

Czy uważacie Państwo, że podczas domowego odsłuchu jest szansa na uzyskanie choćby cienia tego, co słyszymy koncercie?

DM: Moim zdaniem to zupełnie co innego. Na koncercie czerpiemy życie od artysty – słyszymy jego głos ze sceny, widzimy go. Dla mnie to całkowicie nie do porównania.

MN: Dokładnie, to zupełnie inne doświadczenia. Poza tym, z czysto fizycznego punktu widzenia – czy można nagrać fortepian tak, żeby brzmiał tak samo, jak w rzeczywistości? Nie ma takiej możliwości. Zawsze na żywo będzie inaczej, przy nagrywaniu mamy do czynienia z pośrednikami. Niemniej jestem zdania, że da się usłyszeć ogromne różnice. Poziom, który mnie interesuje w audiofilskim odsłuchu to poziom planów, budowania sceny, wrażenia że siedzi się naprzeciw zespołu – nie ilości basu. Inna sprawa, że z mojego punktu widzenia audiofilskie sprzęty bardzo często koloryzują nagrania. To rodzaj specyficznego pojmowania barwy. Każdy słyszy inaczej, tym bardziej jeśli chodzi o wysokie tony czy precyzję basu. Jest to poziom, jak to nazywam, minimalnego koloryzowania.

stereo hi fi
DM: U nas przede wszystkim koloryzują ściany. (śmiech) Wiemy, że właściwie powinno się wygłuszyć całe pomieszczenie. Na pewno nie można się dać zwariować. W tym wszystkim to muzyka jest czymś nadrzędnym. Często słuchamy nagrań o gorszej jakości, które nam się bardzo podobają. Myślę przede wszystkim o starych nagraniach, które nie mają tak szerokiego pasma, nie mają takiego basu i nie mają takich gór. Być może dlatego tak lubię średnie pasmo, że na nim się wychowałam. Ale – wracając do sedna – najważniejsza jest muzyka. Jej klasa jest o wiele ważniejsza, niż idealne brzmienie.

Pani Dorota w czerwcu wydała płytę z Kwadrofonikiem, za 2 tygodnie wychodzi album nagrany przez Pana Marka w duecie z Arturem Lesickim. Czym teraz, oprócz koncertów, będą się Państwo zajmować? Czy planujecie jakieś nagrania, być może w dzisiejszym składzie?

MN: Planów duetowych nie ma, na razie po prostu sobie gramy. Ja się skupię teraz przede wszystkim na promowaniu płyty „Celuloid”, a także kontynuacji aktywności z moim sekstetem "UP!". Ponadto jestem teraz w takim momencie, że mniej więcej do początku września przeżywam jakąś klęskę urodzaju. Codziennie gram coś innego i taka myśl – o studiu – zupełnie nie ma miejsca. Póki co kalendarz mam zapełniony różnymi fajnymi rzeczami. Nie wiem, jeśli przydarzy mi się jakiś wolny czas, być może pomyślę o innym projekcie, ale co to będzie i kiedy – nie wiem. Na razie zajmuję się tym, co wypracowałem do tej pory.

DM: Przygotowuję się teraz do dosyć dużego projektu, który – mam nadzieję – ukaże się w przyszłym roku. Jest to jednak rzecz, o której wolałabym dziś nie mówić. Tak, jak Marek, obecnie zajmuję się przede wszystkim koncertowaniem.

W takim razie życzymy pomyślności w realizacji kolejnych pomysłów oraz niesłabnącej energii. Serdecznie dziękujemy za rozmowę!

Jazz w CLZ - koncert Doroty Miśkiewicz i Marka Napiórkowskiego
Do ilustracji wywiadu wykorzystano zdjęcia umieszczone na oficjalnej stronie Pani Doroty Miśkiewicz, www.dorotamiskiewicz.com. Ich autorami są: Marta Antczak, Rafał Masłow i Marcin Kydryński. Dziękujemy Centrum im. Ludwika Zamenhofa za udostępnienie przestrzeni do przeprowadzenia wywiadu.
alt

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież


RMS.PL to jeden z największych polskich technologicznych portali specjalistycznych o tematyce audio-video.

Portal jest prowadzony w całości przez pracowników sklep.RMS.pl
 
Początek strony